Wśród zalewu gorszych i lepszych amatorskich nagrań, odcinków popularnych seriali i fragmentów kultowych filmów zamieszczanych na Mekce internautów, jaką jest youtube.com, swego czasu natknęłam się na pierwszy odcinek serii filmów animowanych pod niewiele mówiącym tytułem Salad Fingers. Spodziewałam się niewymagającej, nieco głupawej rozrywki. Niespełna dwuminutowy film sprawił, że umiarkowane zainteresowanie wymalowane na mojej twarzy momentalnie zostało zastąpione bezbrzeżnym niedowierzaniem z nutką przerażenia.
O czym Salad Fingers jest, trudno jednoznacznie powiedzieć. Można by rzec, że o życiu, ale każdego, kto widział choć jeden z ośmiu króciutkich filmów, odpowiedź ta powinna przyprawić o ciarki na plecach. Łącznie kilkadziesiąt minut w reżyserii Davida Firtha to wprowadzenie nas do rzeczywistości zatrważająco innej i alogicznej.
Trudność pojawia się już przy zdefiniowaniu pochodzenia tytułowego bohatera, czyli Salad Fingers (w wolnym tłumaczeniu – sałatowe palce). W oficjalnych opisach dotyczących filmu nazywany jest humanoidem. Lubuje się w czynnościach takich jak mierzenie odległości między swoim domem a drzewem czy jedzenie piasku z ziemi. Chore? To dopiero czubek góry lodowej olbrzymiej dawki absurdu, jaką serwuje nam reżyser.
Lubię zardzewiałe łyżki. Lubię je dotykać – tymi słowami rozpoczyna się film, który przepuszcza mózg przez maszynkę do mielenia mięsa. Widz z rozpaczą wyczekuje jakiegokolwiek przejawu zdrowego rozsądku ze strony głównego bohatera, najmarniejszej choć próby racjonalnego działania, czegoś, co wskaże, że rzeczywistość, do której się przenosimy ma cokolwiek wspólnego z tą, którą znamy. Nadaremno.
Muzyka w tle potęguje poczucie niepokoju i obrzydzenia w stosunku do przedstawianego nam świata. I owszem, fabuła istnieje, wydarzenia mają swoje przyczyny i konsekwencje, ale prawdopodobnie nikt o zdrowym umyśle nie wpadłby na tak abstrakcyjne i niewytłumaczalne ciągi przyczynowo-skutkowe, jakie przyszły do głowy Davidowi Firthowi.
Absurdalnie, niepokojąco, niezrozumiale. Co jest jednak na tyle nowatorskiego w post-apokaliptycznej wizji świata z zielonym, prawdopodobnie chorym psychicznie stworzeniem w roli głównej, aby poświęcić jej więcej niż parę słów?
Przede wszystkim to, że wizję tę kupuje się bez mrugnięcia okiem. Obraz i muzyka uzupełniają się doskonale, kreując dziwną atmosferę poruszenia. Ogląda się ze zdumieniem, niedowierzaniem, momentami wręcz ze wstrętem, ale właśnie — ogląda się. Mimo niemożności wyobrażenia sobie siebie w tym ponurym świecie, mimo braku identyfikacji z którymkolwiek z bohaterów, mimo trudnego do przezwyciężenia poczucia, że ktokolwiek to stworzył, musiał mieć bardzo poważne problemu natury psychologicznej – ogląda się dalej.
Nie sposób posumować tej serii jakimikolwiek zdawkowymi słowami, jednymi z tych puszczanych mimo uszu i niewnoszących do dyskusji niczego nowego. To nie ten przypadek, który może być potraktowany miałkim w porządku czy całkiem fajne.
Salad Fingers jest swoistym skomasowaniem wszelkich możliwych dewiacji, dziwactw i natręctw, jakie możemy sobie wyśnić. Niezależnie od tego, co tak naprawdę David Firth miał na myśli, tworząc jego postać (chociaż, jak sądzą niektórzy, być może jego jedynym motywem była chęć stworzenia czegoś absurdalnego), dla mnie jest to portret psychologiczny chorego psychicznie nihilisty z ciągotami romantycznymi, żyjącego w świecie bez żadnych trwałych wartości czy reguł. I co gorsza, jest to skrajnie przehiperbolizowana, a jednak przerażająco prawdziwa wizja rzeczywistości, w którą ta nasza, znana, obecna, zaczyna ewoluować. Świat pełen zagubionych, psychicznie zniszczonych jednostek pozbawionych jakiegokolwiek stabilnego punktu odniesienia. Apogeum zagubienia i frustracji. Gdzieś na boku coraz bardziej chyba rozpaczliwy hedonizm. Osamotnienie funkcjonujące pod nazwą dążenia do indywidualizmu – im bardziej kulejącego, tym bardziej przejaskrawionego.
O ile w przypadku większości wytworów sztuki wystarczy czytać między wierszami, o tyle w przypadku Salad Fingers jesteś zmuszeni do czytania między literami, a nawet znakami interpunkcyjnymi, odrzucając przy tym większość wpojonych nam norm i zasad.
Strona wizualna filmu jest tak bogata w swym ubóstwie i zimnie, że z łatwością posłuży do urozmaicenia niejednego koszmaru nocnego; treść, wbrew opiniom niektórych, istnieje i ma się dobrze, ale to w nowatorskiej formie leży cała siła. I to właśnie forma szokuje, próbując uświadomić nam coś, z czego już gdzieś tam podświadomie zdajemy sobie sprawę.
Bo fundamenty tego świata się chwieją, hierarchia wartości upada, a my głaszczemy zardzewiałe łyżki w przerwie między wykonywaniem czynności, których sensu nie rozumiemy.
autorka: Sonia Otfinowska











