Jednym z tematów, jakie soczyście mogła ostatnio komentować prasa kolorowa z każdej półki, jest nieprzyjemna przygoda trzech polskich aktorów z policją w roli głównej i substancjami odurzającymi jako rekwizytami. W obronie aresztowanych stanęła myślicielka i samozwańcza rzeczniczka ludzi kultury: Frytka. Każdy artysta potrzebuje inspiracji do tworzenia! — rzekła. Czyżby się nie myliła?

Kiedy jestem na rauszu, czuję przypływ emocjonalnych doznań, którymi wzbogacam treść opisywanej historii. Wtedy też przestaję się przejmować Goldwynami i Warnerami. Czyje to słowa? Wielkiego pisarza straconego pokolenia, autora ponadczasowego Wielkiego Gatsby’ego, kronikarza epoki jazzu – Francisa Scotta Fitzgeralda. Gdy jego pierwsze kroki w roli pisarza zaczęły przynosić sławę i profity, wraz z bajecznie piękną żoną Zeldą żyli jak lwy salonowe, w świeci blichtru, zbyt głośnych śmiechów i tańców na stołach. Świat był ich! Karta jednak boleśnie szybko się odwróciła: Zelda nie przywykła do zaciskania pasa, używała życia z rozmachem, nie licząc się z kosztami. Ta pochodząca z Alabamy Piękność Południa widywana była już w stanie wskazującym na spożycie w wieku lat 17, lecz należała do tego gatunku uroczych pijaczek, którym wszystko się wybacza. Fitzgerald uwielbiał ją bezdyskusyjnie i w swych radośnie zakrapianych przygodach pasowali do siebie idealnie. Anegdoty i skandale ciągnęły się za nimi od salonów wschodniego wybrzeża USA po Riwierę Francuską, gdzie również chętnie rzucali się w wir zabawy. Rozrzutność tej rozbuchanej towarzysko pary okazała się być trudna do okiełznania – Fitzgerald popadał w długi, kolejne przedsięwzięcia nie przynosiły spodziewanych dochodów, na domiar złego Zelda zaszła w ciążę. Na pomoc przyszedł przemysł filmowy – ekranizacja Wielkiego Gatsby’ego podreperowała nadszarpnięte finanse, nowo narodzona córka – Scottie – szybko stała się oczkiem w głowie ojca.

Myli się jednak ten, który sądzi, że dla Fitzgeraldów nadszedł czas wstąpienia na drogę stabilizacji, ascezy i ograniczenia towarzyskich obowiązków do kulturalnych spotkań przy herbacie. Pieniędzy nadal brakowało, pisarz poświęcał czas na trzy zasadnicze aktywności: picie (już nie w radosnej atmosferze hucznych balów, tylko w zaciszu swojej pracowni), chałturzenie dla Hollywoodu i doglądanie córki, której nie szczędził już coraz mniej pochlebnych komentarzy na temat matki.

Zelda tymczasem stawała się coraz bardziej rozchwiana emocjonalnie, by w końcu w roku 1930 przejść ciężkie załamanie nerwowe. Zdiagnozowano schizofrenię i niegdyś bajeczna gwiazda salonów trafiła na stałe do szpitala. To wydarzenie ostatecznie załamało Francisa – jego alkoholizm pogłębił się jeszcze bardziej, był świadom, że w tym stanie nie napisze już nigdy dobrej powieści. Miał rację: nie udało mu się dokończyć Ostatniego z wielkich – zmarł 21 grudnia 1940 roku. Przyczyną śmierci była choroba alkoholowa powodująca drugi atak serca, który dopadł go w niespecjalnie podeszłym wieku 44 lat. Zelda zginęła w pożarze szpitala psychiatrycznego osiem lat później.

Jedną z osób, z którymi młodzi państwo Fitzgeraldowie chętnie widywali się podczas swoich francuskich wojaży, był Ernest Hemingway. Kto nie chciałby napić się absyntu w takim towarzystwie? Cóż, nie każdy jednak umiał pić tak jak Hemingway. Pił ciągle. Pił codziennie. Jego tolerancja na alkohol budziła mieszankę podziwu, pogardy i przerażenia. Ogorzała twarz marynarza i szklaneczka w dłoni, a w wynikach badań żółtaczka typu A spowodowana nadużywaniem alkoholu. Zawodowe picie nie przeszkadzało mu ponoć nigdy w tworzeniu, pracował sumiennie i metodycznie, a że każdy akapit chętnie zamykał łykiem wódki? Dziś nazwano by go funkcjonalnym alkoholikiem, kilkadziesiąt lat temu był po prostu chłopem na schwał.

 

Niejednego takiego pijaka, co kacom się nie kłaniał, zrodziła amerykańska ziemia. Archetypiczny alkoholik wśród pisarzy i pisarz wśród alkoholików – Charles Bukowski – wlewał w siebie prawdziwe oceany napojów wyskokowych. Na spotkaniach autorskich bełkotał, a gdy gubił się we własnych odpowiedziach, rzucał na przykład butelką w publiczność – i nigdy nie przestał się dziwić, że ta reaguje entuzjastycznie. Na przyjęciach obrażał ważne persony, wdawał się w awantury z partnerkami (czasem niewiele bardziej trzeźwymi niż on sam), zasypiał na ganku i sikał w spodnie. A rano wstawał i o stałej porze zasiadał do maszyny do pisania, zapełniając z góry założoną ilość kartek. Człowiek z żelaza. Nie pił jednak nigdy w trakcie samego aktu twórczego. Zupełnie inaczej niż noblista William Faulkner – ten w listach do przyjaciół wyznawał, że jest coś nęcącego w połączeniu kieliszka z piórem jako czynnika wyzwalającego twórcze geny.

 

Wielu jego krajan musiało się z nim zgadzać, bo lista amerykańskich pisarzy, którzy za kołnierz nie wylewali, jest imponująca: Raymond Chandler, John Steinbeck, Jack Kerouac, Truman Capote. Prawdziwa aleja gwiazd wybrukowana denkami butelek.

Tyle Amerykanie. Co oni mogą wiedzieć o piciu? Zapomnijmy o nich, bo oto na scenę wkracza król alkoholu i literatury, człowiek, który ze swego picia uczynił sztukę: Wieniedikt Jerofiejew. Dzieciństwo spędził w domu dziecka, młodość na lodowatym Półwyspie Kolskim, z Uniwersytetu Moskiewskiego go wydalono, więc imał się wszelkich prac, jakie pozwolono mu wykonywać. A w każdej z nich uczył się wypijać coraz to nowsze specyfiki i wytrawne mieszanki alkoholi niedostępne dla gardzieli przeciętnego zjadacza chleba. Od samego czytania poematu Moskwa – Pietuszki tego autora kręci się nieprzyjemnie w głowie. Oto podany w nim przepis na słynny koktajl Łzy Komsomołki:

Lawenda – 15 g

Werbena – 15 g

Woda kolońska Las – 30 g

Lakier do paznokci – 2 g

Płyn do płukania ust – 150 g

Lemoniada – 150 g

Sporządzoną miksturę należy w ciągu dwudziestu minut mieszać gałązką wiciokrzewu.

 

Czy ktoś reflektuje?

Jerofiejew jest w tym zestawie jednak ewenementem. Na czym polega różnica? Autorzy wspomniani wyżej w pierwszej kolejności byli jednak pisarzami – alkoholikami niejako w formie mocno rozwiniętego hobby. Jerofiejew był zaś alkoholikiem przede wszystkim. Na pełen etat i bez dni wolnych od pracy. Nawet postawiony mu na Dworcu Kurskim pomnik przedstawia pisarza z walizką pełną butelek.

A jeśli po tym artykule męczy was kac, bez obaw! I na to Wienia ma przepis:

Trzeba, ledwo się ocknąwszy ze snu, z miejsca czegoś się napić. Nawet nie to, nieprawda, że »czegoś«; dokładnie tego samego, co się piło wczoraj. Trzeba pić z przerwami po trzy kwadranse; pić i pić tak, żeby ku wieczorowi wypić o trzy setki więcej niż poprzedniego dnia. A wtedy nie pojawią się ani mdłości, ani wstydliwości, a twarz będzie tak jaśniała, jakby was z pół roku nikt po niej nie walił.

 

Na zdrowie!

Autor: Karolina Pietrzok
Ilustracje: Ewa Borysewicz

 

Więcej przeczytasz i zobaczysz w Piana Magazine Nr 12