Wyobraźcie sobie taką sytuację: siedzicie z grupą znajomych, alkohol leje w mniejszych lub większych ilościach i w którymś momencie pada karkołomna decyzja włączenia filmu. Zdarza się. I owszem, można przy takich okazjach raczyć się dziełami Kubricka, Formana lub przynajmniej aktualną czołówką oscarową, lecz wszyscy wiemy, że minie się to z celem. To, co w takich chwilach przyciąga najbardziej, to kinematograficzny śmieć, filmy tak złe, że aż dobre.

Alkohol ogłusza percepcję, również tę kinematograficzną, i otwiera tajemnicze trzecie oko pozwalające dostrzec w pełni wszystkie szczegóły, dzięki którym filmowy trash jest tak interesujący. Dodając do tego niemalże rytualną sytuację zgromadzenia w większej grupie osób, możemy otrzymać kawał dobrej zabawy, pod warunkiem oczywiście, że zbierze się do tego jednostki o podobnym poczuciu humoru oraz odpowiednio groteskowe dzieła podrzędnej sztuki filmowej. Jakie zatem obrazy wybrać? Chciałbym przedstawić wam moją subiektywną listę siedmiu filmów, które mogą podziałać w sposób wyjątkowo rozweselający we wspomnianej sytuacji, przykuwając (zamierzoną lub nie) głupotą, absurdalnymi rozwiązaniami czy cudownym przymykaniem oka na budżetowe braki. Oto wizualny ekwiwalent kiszonego ogórka, piwnego paluszka czy śledzika – niesławne zestawienie filmów, które lepiej oglądać jedynie po alkoholu.

 

07. Doghouse (2009)

Jak wspomniałem wcześniej, głupota w opisywanych tutaj filmach może być zamierzona lub nie – wynikać albo z gry konwencją, albo błogiej nieświadomości twórców. Pierwszy z proponowanych przeze mnie filmów zalicza się do tego bardziej zamierzonego typu; to krwawa i przepełniona brytyjskim humorem opowieść o paczce hołdujących szowinistycznym ideałom przyjaciół, którzy chcąc odpocząć od swoich dziewczyn/żon, organizują alkoholową eskapadę za miasto. Szybko jednak okazuje się, że ironia to strasznie złośliwa bestia i dotąd spokojne miasteczko, do którego trafiają bohaterowie, jest skażone wirusem zamieniającym wszystkie okoliczne kobiety w zombie. Pomimo tego, że żarty najczęściej nie są tutaj najwyższych lotów, to w uroczy sposób portretują bóle dorastania wiecznych chłopców i ich lękowe podejście do płci przeciwnej, zwłaszcza tej zajmującej drugą połowę domowego łóżka. Polecane zwłaszcza w męskim gronie, wszak każdy z samców przechodził przez podobne rozterki (no, może z pominięciem wioski opanowanej przez żeńskie monstra).

 

06. Story of Ricky (1991)

Wyobraźcie sobie azjatycki film kung-fu do kwadratu, szczodrze obryzgany hektolitrami krwi i flaków i dodatkowo próbujący nieść ze sobą poważne przesłanie o wadze wolności jednostki. Brzmi karkołomnie, prawda? Story of Ricky, w oryginale zatytułowany Riki Oh, to historia młodego, niezniszczalnego mistrza sztuk walki, który w niedalekiej przyszłości trafia do więzienia i tam szuka zemsty za śmierć swojej ukochanej. Duszenie wroga jelitami, prowizoryczne podwiązywanie tętnic, miażdżenie kości – cała menażeria dobroci sfilmowana z siermiężnymi efektami specjalnymi i swobodnym potraktowaniem logiki. Przerysowane do granic możliwości gore śmieszy, a jedna z walk zawartych w tym filmie krąży po YouTube jako najbardziej krwawe starcie w historii kina – palma pierwszeństwa w dużej mierze dyskusyjna, ale jakże wzbudzająca ciekawość.

 

05. Maniac Nurses Find Ecstasy (1990)

Czego jak czego, ale w niniejszym zestawieniu z pewnością nie mogło zabraknąć filmu z kultowej w niektórych kręgach wytwórni Troma. Działająca od blisko czterdziestu lat niezależna firma produkcyjna znana jest z surrealistycznego i miejscami mocno szokującego podejścia do sztuki filmowej — podejścia, które zakłada maksimum okrucieństwa, nagości i profanacji wszelkich możliwych tabu przy jak najmniejszym wkładzie finansowym. Kultowość wspomnianej tutaj wytwórni podkreśla udział wielu gwiazd, które postanowiły na którymś etapie swojej kariery wystąpić w jednym z absurdalnych dzieł Tromy: m.in. Kevina Costnera, Samuela L. Jacksona, Billy’ego Boba Thortona czy Carmen Electry. W przytoczonych Maniakalnych pielęgniarkach fabuła jest zupełnie pretekstowa, liczą się te wszystkie głupie, tandetnie sfilmowane sceny zgonów (np. śmierć od krasnala ogrodowego), które po przekroczeniu pewnego progu nieprawdopodobieństwa wymuszają salwy gromkiego śmiechu.

 

04. Klątwa Doliny Węży (1987)

Reprezentant rodzimej kinematografii pośród perełek niniejszego spisu i dzieło w naszym kraju niemalże legendarne. Nietuzinkowi aktorzy (m.in. Roman Wilhelmi, Leon Niemczyk, Krzysztof Kolberger) w rozkosznie słowiańskiej próbie podążania za globalną modą na kino przygodowe. Zaginione świątynie, starożytne pułapki w podziemnych korytarzach, nowoczesne laboratoria szalonych naukowców – twórcy postanowili zaserwować tutaj koktajl z jak największej ilości znanych i lubianych motywów w nadziei na zaspokojenie najszerszych rozrywkowych gustów widowni. Co otrzymaliśmy? Chaos w swojskiej oprawie, a swojska oprawa oznacza tutaj głównie odpustowe efekty specjalne i naiwność fabuły. Dla filmowych koneserów gratką będzie też wyławianie kolejnych bezczelnych kopii zagranicznych obrazów, głównie Poszukiwaczy Zaginionej Arki.

 

03. Mad Jake a.k.a Blood Salvage (1990)

Czy wiecie, że Evander Holyfield (tak, tak, ten bokser) wyprodukował film? Czy wiecie, że opowiadał on o szalonym wieśniaku, który na odludziu przeprowadzał amatorskie eksperymenty medyczne w towarzystwie swoich dwóch przygłupich synów i tresowanego aligatora? W Szalonym Jake’u nonsens goni nonsens w wyścigu o koronę najbardziej absurdalnej i naiwnej fabuły epoki kaset VHS bezmyślnie pobieranych z osiedlowych wypożyczalni. No cóż, tamte czasy miały swój klimat, również przez to, że można się było natknąć na takie filmy.

 

02. Invasion of the Blood Farmers (1972)

Lata siedemdziesiąte, oprócz Gwiezdnych Wojen, Głębokiego GardłaBrudnego Harry’ego przyniosły kinematografii prezent w postaci rozkwitu kina filmów klasy C. Przypomniana ostatnimi czasy przez Quentina Tarantino estetyka grind-house stanowiła czystą zabawę celuloidową taśmą, i to zabawę nieskrępowaną logiką, porządnym scenariuszem czy przyzwoitym budżetem. Dla wielu frajdą jest odkrywanie coraz to nowych perełek w prawdziwym morzu tytułów, które w tamtych czasach okupowały najbardziej zapadłe kina — i często są to perełki tak zapomniane, jak opisywana tutaj Inwazja Krwawych Farmerów. Opowieść o starożytnej sekcie czczącej krew i ukrywającej się na amerykańskiej wsi (!) to esencja tego podgatunku – film, w którym cała ekipa pracowała w zamian za sześciopak piwa. Dziś już mało kto tak bawi się kinem.

 

01. Hatchet (2006)

W 2006 roku młody reżyser Adam Green postanowił nakręcić film, który w całości stanowiłby hołd poświęcony slasherom – podgatunkowi horroru, w którym zazwyczaj młodzi i beztroscy ludzie są taśmowo zarzynani przez zazwyczaj mocno zwyrodniałego zabójcę. W ten sposób powstał mocno autoironiczny zlepek takich klasyków jak Piątek 13-tego, Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną czy Halloween, świadomie operujący na do bólu zgranych i jednocześnie kultowych motywach. Akcja Topora rozgrywa się na bagnach nieopodal Nowego Orleanu, na które grupa nastolatków wyprawia się w poszukiwaniu dreszczyku emocji i chatki sławnego na całą okolicę seryjnego mordercy. Jak widać, fabuła ujęta jest w gatunkowy cudzysłów, do którego nawiązywało też hasło reklamowe filmu: It’s not a remake. It’s not a sequel. And it’s not based on a Japanese one.

To tyle, jeśli chodzi o tę krótką przechadzkę po wysypisku kinematograficznych śmieci. Wybierzcie jeden film z powyższego ekstremalnie subiektywnego zestawienia i odpłyńcie na moment w świat twórców naiwnych i nawiedzonych, twórców, którzy na swój sposób kochali kino oddając mu hołd w miejscami tak absurdalny sposób. Otwórzcie butelkę, napełnijcie szklanki/kieliszki/pokale i odstawcie na bok racjonalny gust. Na zdrowie.

Autor: Przemysław Mieszkowski
Ilustracja: Ola Niepsuj

 

Więcej przeczytasz i zobaczysz w Piana Magazine Nr 12