Zawsze miałem duże kłopoty z napisaniem rzetelnego podsumowania roku. W jakiejkolwiek dziedzinie. Nie jestem za bardzo w stanie nagle usiąść na dupie i skrupulatnie odnotować wyliczankę plusów i minusów z grubego terminarza, którego to nigdy nie udało mi się prowadzić. Pamiętam, że mijający rok rozpocząłem złotym stwierdzeniem, że jaki nowy rok – taki nowy rok. Czy jest cos gorszego od cytowania siebie samego? Jest. Oto moja lista, mój plebiscyt. Wszystko zapożyczyłem od tych natchnionych blogerów, co dziesiątkują raperów i Animali. Zapraszam, pozdrawiam.
Wolf Parade – Expo 86
No i to jest ból. Bo nie dość, że odwołali koncert w Krakowie, to nagrali album, którego nie mogę strawić, a no i się rozpadli jeszcze. A miało być tak pięknie: Wywiad, zdjęcia, przyjaźń, karpie w wiaderkach i chóralne wykonanie Shine A Light.
Surfer Blood – Astrocoast
Trochę wstyd, ale cóż poradzić. Lato w tym roku było bardzo upalne, a teraz jest bardzo mroźna zima. Jestem osobą sentymentalną, więc lubię wracać do miłych chwil. Słuchając sobie chłopaczków o aparycji uczniów liceum plastycznego w autobusach czy tramwajach, przypominam sobie sympatyczne, letnie chwile. Aż się cieplej na serduszku robi.
Baths – Cerulean
Zanim założę laur zwycięstwa Chazowi Budnickowi na kreolską skroń, muszę pochwalić sympatycznego grubasa Willa Wiesenfielda aka Baths. Cerulean to miks gatunków, fuzja smaków, kuchnia fusion. Bo nie do końca chillwave, ale z nadmorskimi smaczkami. Płyta z piosenkami, jak się patrzy. Suchar? To patrzcie na to: Cerulean to prawdziwa muzyczna uczta.
Beach House – Teen Dream
Wiadomo, że najfajniejsze są smutne piosenki. A jeśli bije od nich elegancją, a nie satynową pościelą i podwieczorkiem z Marcinem Kydryńskim, to już w ogóle klasa. ‘I nie ma zamulania’. No i są boscy na żywo. Byłem, widziałem, w Chicago na festiwalu klaskałem.
Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Before Today
Z owym albumem zapoznałem się podczas zbiorowego odsłuchu w niecodziennych okolicznościach, podczas parapetówki w dniu katastrofy smoleńskiej (tacy właśnie jesteśmy niepoprawni politycznie). Ariel z kolegami weszli do studia i nagrali najbardziej optymistyczny album roku. Magda Gessler powtarza jak mantrę, że chce nauczyć Polaków cieszyć się życiem, niektórzy rozstają się z partnerami, bo nie czują pozytywnej energii. Ja ją poczułem. Up and around we go.
Pantha Du Prince – Black Noise
Dla odmiany, to tą płytą zajmowałem się zimą. Było świeżo po sylwestrze, jeszcze nie krystalizowały się wakacyjne plany. Ostatnio stwierdziłem, że słuchanie takich Air France zimą jest niesmaczne. Natomiast Black Noise to muzyczna kronika lasu, ścieżka dźwiękowa do bajki o królowej śniegu.
Wild Nothing – Gemini, Golden Haze
Nostalgiczne, głośne i krótkie piosenki ze sporą pretensją w wokalach. To z kolei jesień – królestwo shoegazu. Siódmych wód po kisielu jak Tamaryn czy Warpaint słuchać się już nie da. Arturze Rojku, wierzę, że również Ci się spodobali.
Toro Y Moi – Causers of this
Nie będę silił się na oryginalność i przyznam, że to też moja płyta roku. Od stycznia do grudnia, od przyjęcia do imprezy, od morza aż do Tatr. To jedna z tych płyt, których nigdy nie ma się dosyć. A utwór ‘Eden’ to już w ogóle osobna historia!
Deerhunter – Halcyon Digest
Prawda taka, że Bradford Cox nie nagrał jeszcze niczego słabego. Owszem, nadproduktywność jest niebezpiecznym sportem, ale nie zagłębiajmy się w jego blogowe aktywności. Prawda taka, że na tej płycie są wszystkie dźwięki, jakie lubię. Niech opisem całego albumu będzie kawałek ‘Desire Lines’. Absolut, no, absolut!
Damian Siemień
ilustracja: Helena SIemińska









