Nie będzie top ten i nie będzie nerwowego odliczania, nikt nie otrzyma dziś palmy pierwszeństwa, choć być może ktoś na nią zasłużył. Nie wiem. W tym roku nic nie rzuciło mnie na kolana, nie zawładnęło playlistą, całkowicie odbierając czas antenowy innym wykonawcom. Nie googlowałam nazwisk wokalistów, żeby z dziewczętom tylko znanego powodu sprawdzić, czy są wolni (tak, robimy to, pogódź się z tym). Jednakowoż oto kilka słów o tym, czego w tym roku słuchaliśmy i o co się kłóciliśmy.
POWROTY WIELKICH
Kings of Leon Come Around Sundown
Europa ich kochała, ale po po albumie Only By the Night fanowanie KoL stało się nagle synonimem obciachu i nieobycia, a przyznanie się do niezmiennie ciepłych uczuć względem wiejskiego kwartetu spod Nashville w pewnych kręgach równało się towarzyskiemu samobójstwu. No tak, bo to była bardzo, bardzo zła płyta, która uczyniła ich bardzo, bardzo sławnymi. Ja jednak pozostałam wierna prostym chłopcom w Południa i na Come Around Sundown czekałam z mieszanką obawy i nadziei. I jedna, i druga została nakarmiona. KoL wrócili w swoje okolice, czyli jest swojsko, z country nalotem i w kowbojkach. Niby fajnie, ale to już nie jest ta bezpretensjonalność i szczerość chłopięcego serca, która kazała nam tańczyć do King of the Rodeo w 2004. Trąci reżyserką i stylizacją. A teraz najgorsze: naprawdę lubię ten album. Poza kilkoma napuszonymi hymnami, jest tu dużo ładnych melodii, ciekawych aranżacji, murzyńskich chórków i charakterystycznego południowego zaśpiewu Caleba. Nie wiem, czy to już guilty pleasure, czy nadal pozycja warta bronienia podczas zażartych dyskusji przy piwie w lokalu Piękny Pies.
Wolf Parade Expo 86
Moja miłość do Spencera Kruga i wszelkich jego projektów jest bezwarunkowa (słuchałam po wielokroć nawet EPki Moonface, a to już naprawdę true love). Z Expo problem jest w pewien sposób podobny do tego z Come Around Sundown: stylówa jest już tak charakterystyczna i wyśrubowana, że momentami zaczyna brzmieć jak własna parodia. Tyle udaje mi się powiedzieć głośno, siląc się na obiektywizm (solidne recenzenctwo ahoj), bo subiektywnie znowu daję im się sprowadzić na manowce i wyznaję im uczucie wieczyste. Ta płyta bardzo mocno się zaczyna (Cloud Shadow on the Mountain) i bardzo mocno finiszuje (Cave-o-sapien, ukochany) – i nawet jeśli mogę się zgodzić z krytyką, że pośrodku zdarzają się dłużyzny i powiewy nudy, to i w tej nudzie znajduję smaczki, które radują nieodmiennie. Refleksja jest jednak smutna: Wolf Parade robią sobie przerwę nieokreślonej długości, więc nie wiadomo, czy kiedykolwiek przekonamy się, w którą stronę planowali pójść dalej. Wstydźcie się.
Deerhunter Halcyon Digest
Nie lubiłam, nie lubię i chyba już nie polubię Deerhuntera. Nie przemawia do mnie, a dłuższe słuchanie powoduje nakręcanie spirali agresji. Ale z racji tego, że podczas letnich podróży samochodem miałam okazję obcować z tym wydawnictwem wielokrotnie, mogę zejść w piedestału własnych gustów i przyznać, że obiektywnie jest to chyba bardzo dobry album. To, że nie mogę go słuchać bez zgrzytu zębów, to już zupełnie inna historia.
INNE POWROTY
Yeasayer Odd Blood
To jest bardzo dziwna historia, na potrzeby której zaczynam tworzyć teorie spiskowe. Bo przecież to po prostu niemożliwe, żeby ludzie, którzy nagrali takie plemienne hity jak Sunrise/2080 i Wait for the Summer, zaczęli nagle przytupywać do nieinwazyjnego popiku. Ambling Alp to super numer, a lubię go szczególnie, bo pięknie pasowałby na ścieżkę dźwiękową dla amerykańskiego teen drama z lat 80. A te darzę dużą estymą. Lecz na rany Latającego Potwora Spaghetti! Jak można tak zmienić swoją stylistykę z płyty na płytę? To się nie godzi. Mogę nawet polubić (umiarkowanie) niektóre fragmenty Odd Blood, ale nic nigdy nie przesłoni mi wspomnienia o tym, jaką skończoną wspaniałością było All hour cymbals z 2007. Ktoś podmienił chłopców w zespole, inaczej nie mogę sobie tego wytłumaczyć.
Sufjan Stevens The Age of Adz
Jeden z naczelnych singer/songwriterów Ameryki dorobił się komputera i uczynił z niego użytek o ogromnym wdzięku i lekkości. Wolę Sufjana smutnego akustycznie, ale nie mam się do czego przyczepić. Młody człowiek zaeksperymentował z brzmieniem, nie tracąc przy tym piosenkowej aury. Sufjan, follow your heart!
Los Campesinos! Romance is boring
Kolejni ulubieńcy i niezmienni okupanci najwyższych pozycji mojego Last.fm — i kolejni złośliwcy, którzy niedawno zaanonsowali dłuższą przerwę. Tym bardziej szkoda, bo po z lekka nudnawym na dłuższą metę albumie We are beautiful, we are doomed powrócili w wielkim stylu i z setkami pomysłów. Nie można nie kochać kakofonii dźwięków i mnogości wokali oraz szerokiego instrumentarium tej wieloosobowej brygady. Na Romance is boring są numery fantastycznie pomyślane i misternie utkane, jest też flirt z noisem. Kawałek Straight in at 101 może zabrzmieć przy tym opisie banalnie, ale wszedł w krwiobieg na tyle, że stał się najczęściej słuchanym przeze mnie utworem tego roku – jak informuje mnie Last.fm właśnie. PS Gareth nadal pozostaje moim ulubionym tekściarzem i chciałabym tu wrzucić każdy numer z tej płyty, bo każdy jest inny i (prawie) każdy jest dobry!
Warto porównać te dwa utwory, by docenić różnorodność.
The Tallest Man on Earth The Wild Hunt
Moja muzyka do pobudek o 6:15, niezmordowane towarzystwo porannych frustracji, która łagodzi obyczaje i pozwala gładko pogodzić się z nadejściem kolejnego dnia. Przyjemność ze słuchania koziego głosu tego pana nie maleje, a wspomnienie kapitalnego występu na tegorocznym Off Festivalu, który porwał tłumy, nadal elektryzuje.
NOWOŚCI
Jakoś nie mogę dać się porwać surferskiej muzyce, która wyziera teraz zewsząd. Słucham bez przeszkód, czas mija przyjemnie, ale wszystkie nazwy mieszają się następnie w jedną, plażową całość. Z tegorocznych nowych nazw zapamiętam jednak:
Magic Man Real Life Color
Kopniak pozytywnej energii przy każdym przesłuchaniu pozwala wybaczyć wiele, nawet przesadną być może cukierkowość utworów. Swój album wystawili na stronie (magicman.bandcamp.com) do pobrania za przysłowiowe co łaska. Dajcie im szansę. Świat nie może być zły, gdy ma taką ścieżkę dźwiękową.
INNE POZYCJE WARTE UWAGI
The National High Violet – trzymają klasę i nadal zasmucają w najlepszym stylu.
Gonjasufi A Sufi and a Killer – dziwna płyta dziwnego człowieka, do rozsmakowania.
Here We Go Magic Pigeons – tak ładna i subtelna, że zarżnęłam ją chyba zbyt częstym słuchaniem i dziś leży odłożona na bok, choć przecież warto mieć ją w zanadrzu.
Beach House Teen Dream – tegoroczny obowiązek każdego szanującego się słuchacza. Co w żadnym wypadku nie wyklucza wielkiej przyjemności.
Wild Nothing Gemini – będą z nich ludzie!
Suuns Zeroes QC – nadzieja na nowy wiek.
Sleigh Bells Treats – słyszałam, że z czasem się nudzi. Może zbyt rzadko słuchałam, bo się nie znudziło.
Fang Island Fang Island – piona, chociażby za przemiłe wspomnienia związane z tym albumem
ZASKOCZENIA
These New Puritans Hidden
Pierwsze zapoznanie z tym albumem nastąpiło bardziej z kronikarskiego obowiązku niż autentycznej potrzeby serca, stąd monstrualne zdziwienie: kiedy stali się tak dobrzy? Tę płytę opisać można jednym słowem: POTĘŻNA. Z taką muzyką w słuchawkach można iść na wojnę. Albo planować zawładnięcie światem. Albo sprzątać.
Brodka Granda
Z założenia nie słucham polskiej muzyki, bo ciągle mi przykro, że jest jak jest i nie wygląda, by miało być lepiej. Dlatego nawet mimo faktu, że W pięciu smakach szybko mnie urzekło, długo wzbraniałam się z podejściem do całej płyty, nie wierząc, że znajdę tam coś, co sprosta wyzwaniu. O, jakże się myliłam. Brodka jest samotną wyspą na polskiej scenie: ze swoją dopracowaną, świeżą muzyką, niebanalnym imidżem i dziewczęcą lekkością. Pośród wszystkich pojawiających się i znikających nadziei polskiej muzyki, które nigdy nie znajdują spełnienia, ona wchodzi na szczyt boczną drogą. Jej album zachwyca, ona zachwyca. Jeśli już mam się bawić w przyznawanie komuś nagród za ten rok, ta w kategorii najbardziej pozytywnego zaskoczenia należy jej się bezsprzecznie.
Tym optymistycznym akcentem kończę ów jakże skrótowy i subiektywny przegląd tegorocznych wydawnictw. Pora na tworzenie playlisty do sylwestrowych harców — a sobie i Wam życzę wielu wspaniałych odkryć muzycznych w Nowym Roku.
Karolina Pietrzok









