Oklaski i ukłony to osobny spektakl teatralny. Chwila, w której flesze i reflektory mogą wydobyć na scenę kuluarowego pana scenicznych wydarzeń. Teraz to reżyser reżyseruje swój monodram albo jak to woli – one man show. I jeśli wydawało wam się kiedyś, że jeden z aktorów zaraz po premierze tak sam z siebie i z szacunku wywołuje na scenę mistrza i twórcę wcześniejszej ceremonii – to jesteście w błędzie. Idealizm związany z wiarą w spontaniczność takiej sytuacji wkrada się niepostrzeżenie na proscenium, podobnie jak pan reżyser z wypisanym na twarzy zdumieniem wymownie mówiącym, że nie chciałem, ale skoro tak głośno wołali…

Że jak już tak bardzo chcecie, to proszę bardzo, pokażę się i poklaszczemy sobie razem. Tylko proszę nie zapominać o aktorach, oni tak ładnie i głośno mówią. Te brawa są dla nich. Polskim mistrzem (podobno) tego rytualnego pospektaklowego show z cyklu poczuj się celebrytą przez kilka minut, jest Andrzej Wajda.

Co to był za spektakl – nie pamiętam. Nieważne. Ważne, że pan Andrzej swoje przedstawienie ogląda z pozycji widza. Chwilę przed zakończeniem (a może w trakcie przerwy) dyskretnie wycofuje się do zakulisowego świata, by tam zedrzeć z siebie marynarkę i delikatnie zmierzwić włos na głowie. W napięciu wyczekuje końca sztuki. Nie dlatego, że mu się nie podoba albo nudzi, a dlatego, że on już wie (widzowie jeszcze nie), że lada chwila scena na kilka minut będzie należała tylko do niego. Wajda jako człowiek wysokiej kultury (i nie ma w tym stwierdzeniu nawet krzty ironii), świadom tego, że pycha jest jednym z siedmiu grzechów głównych i że o poklask nie należy zabiegać na siłę, czeka na hasło-klucz: re-ży-ser! To oczywiście w końcu się pojawia, co więcej, wychodzi wprost z ust aktora, w którego Wajda wpatruje się najintensywniej – masz ci los! Pan Andrzej wbiega. W biegu próbuje nałożyć na siebie marynarkę, niby nerwowo poprawia włos. Jego mina i gesty to majstersztyk pomieszania zdumienia, wzruszenia i kurtuazji z serii: nie trzeba było kochani! Wystarczy!

Wajda ma swych kontynuatorów. Co prawda ci z pokolenia „młodych zdolnych” i „młodszych zdolniejszych” czyli np. Warlikowski, Lupa, Jarzyna czy Klata (ten ostatni publicznie przyznaje się do nienawiści, jaką darzy reżyserię oklasków) pojawiają się na scenie wybitnie rzadko. Można idealistycznie wierzyć w ich wrodzoną skromność lub złośliwie wytykać świadome wykorzystywanie znajomości mechanizmów działania „mniejszości intelektualnej” zgromadzonej w teatrze (ostatni cudzysłów zapożyczam z cudownej przemowy Stefana Chwina wygłoszonej podczas debaty „Po co państwu kultura”). W obu przypadkach jest odrobina prawdy. Choć ja tam zawsze czekam na pojawienie się winowajcy całego zamieszania. Całującego podłogę i padającego do stóp aktorów Radka Rychcika, klaszczącego nieustannie Krystiana Lupę (o ile wcześniej nie ucieknie ze swojego spektaklu) czy zmieszanego (całkiem w tym wiarygodnego) Jana Klatę. Świadomie godzę się na uczestnictwo w tym reżyserskim kulcie, który w środowisku teatralnym w ostatnich latach zdecydowanie dominuje nad gloryfikacją aktora. Dzisiejsza epoka gwiazd to wielki wóz reżyserów i mały aktorów. Dotyczy to ludzi w jakimś stopniu zainteresowanych teatrem, bywających tam nie rzadziej niż raz w miesiącu. Przejawem tego jest chodzenie w pierwszej kolejności na spektakle reżyserów. I nie mam na myśli malejącej w teatrze roli aktora, nigdy w życiu. Chodzi mi o pewną tendencję mającą pierwszorzędny wpływ na wybór tego, co w teatrze chcemy zobaczyć.

Ale wróćmy do oklasków. O reżyserii ukłonów i autoprezentacji reżyserów przypomniał mi XIV Festiwal Szekspirowski, który odbył się niedawno w Trójmieście. O tym, że stratfordczyk wielkim dramaturgiem był, mówić nie mam zamiaru, bo nigdy jego wielką fascynatką nie byłam. Poza tym wpaja się to jak mantrę nie tylko teatrologom. Osobiście fenomen Hamleta nie do końca rozumiałam, Makbet nie wiał grozą, a romans Romea i Julii wydawał mi się odrobinę pretensjonalny. Dziś jest trochę inaczej. Nie za sprawą cudotwórczej magii festiwalu, a za sprawą Greenblatta, Kotta i innych szekspirologów, reżyserów teatralnych w pewnym stopniu również. Szekspirowski uniwersalizm naprawdę może zachwycać. Może być tylko pretekstem do mówienia na scenie o współczesności lub po prostu opowiedzenia historii, w której nie brak licznych intryg, dobrze skonstruowanej fabuły, wulgarnych żartów i niejednoznacznych sytuacji. To udowodnił nam festiwal. Program zawierał pozycje skrajnie różne. W sumie około dwudziestu przedstawień z dwunastu krajów (m.in. Litwy, Francji, Zimbabwe, Japonii, Armenii i Rumunii). Były to spektakle bardzo różne: genialne, kiepskie, poprawne, ale i beznadziejne. Reżyserie oklasków również, tyle że w tym wypadku im bardziej rozbudowane, tym bardziej żałosne.

Wygrana w tej kategorii należy się bez wątpienia Armenii. Spektakl przypominający eurowizyjne show, w którym aktorzy śpiewali z playbacku. Do tego znakomita ich większość nie znała tekstu piosenek po to, by odpowiednio otwierać usta. Spektakl raził w oczy swą przaśnością, ilością falban, kokard i parasolek na scenie. Prawdziwe arcydzieło rozpoczęło się w momencie, gdy finałowa piosenka, taka, którą gdyby nie bariera językowa, podśpiewywaliby pewnie wszyscy na głos, bo muzyka wpada w ucho, a refren wciąż się powtarza, przeszła płynnie w aktorskie ukłony. Ormianie trzymając się za ręce z minami: „We are the World” byli wzruszeni ciepłym przyjęciem polskiej publiczności. Dlatego pewnie zdecydowali się na specjalnie przygotowany dla nas bonus. Wycofali się w równym szeregu na tył sceny, po czym zaczęli biec wprost na klaszczącą publiczność. Na samiuteńkiej krawędzi sceny znieruchomieli w pozie czegoś z pogranicza wykopu i zatrzymanego w połowie kroku. Niemy kadr, błyski fleszy i powrót do kiczowatej konwencji. Gdy nagle z boku nieśmiałym korkiem na scenę wkracza reżyser. Pan słusznego wieku, niewywołany przez nikogo z aktorów (widz żaden też się nie odważył), pokornie schylił głowę po czym zniknął za kulisami.

Inny przykład. Nie wiem jak to jest, może po prostu co kraj to obyczaj, ale zauważyłam zagraniczną tendencję w opisywanym przeze mnie zjawisku, która polega na tym, że w kontrze do pana Wajdy, reżyserzy z obczyzny sami wybierają sobie moment pojawienia się na scenie. W trójmiejskiej produkcji „Makbet remix” (projekt dziwny, multimedialny, interdyscyplinarny, zachwycający muzyką Felixa Kubina) to odtwórca roli Makbeta rozpoczyna skandowanie słowa: re-ży-ser! Pojawia się Robert Florczak, który (pewnie głównie ze względu na to, że to premiera) dziękuje wszystkim po kolei za zaufanie, pracę i temu podobne sprawy. W myśl Wajdy. Inaczej jest w przypadku reżysera rosyjskiego, Siedemdziesięcioczteroletni (!) Roman Wiktiuk w pomarańczowej marynarce i w wielkich, przeciwsłonecznych okularach ze złoceniami po bokach również wszedł na scenę nieproszony. Nie mogłam uniknąć nasuwającego się porównania jego wizerunku do Eltona Johna. Pan Roman (młodzi aktorzy wyznali w trakcie rozmowy po spektaklu, że tak się zwracają do cenionego reżysera moskiewskiego) pojawił się po ciekawie wyreżyserowanych aktorskich ukłonach adaptacji „Romea i Julii”. Swoją drogą spektakl był jednym z najmocniejszych punktów tego festiwalu. Ten najpopularniejszy dramat o miłości Szekspira przeniesiono na pokład statku, na którym znudzeni młodzi majtkowie w pasiakach postanowili go wystawić. W cztery osoby płci męskiej! Te cztery osoby płci męskiej przy muzyce Bacha biegały po scenie, wieszały się na linach, rzucały książkami, kopały się po tyłkach, po czym nieruchomiały, kłaniały się, muzyka cichła, by po chwili znów zabrzmieć. I tak kilka razy. Aż do momentu pojawienia się nie wiadomo skąd pana Romana. Pan Roman wchodzi w sam środek ładnie zbudowanych, atrakcyjnych czterech chłopców. Rozpostartymi ramionami wyłapuje wszystkie oklaski a nawet pojedyncze okrzyki i gwizdy, po czym wypycha (niezbyt subtelnie) po kolei każdego z aktorów na środek – do indywidualnego ukłonu. Chłopcy nie wykazują entuzjazmu, ale skoro pan Roman każe… Potem łapie któregoś za rękę, a któremuś każe wbiec po schodkach rozdzielających publiczność (do tej pory nurtuje mnie dlaczego). Ostatecznie opuszcza scenę wraz z aktorami.

Z jeszcze innym rodzajem reżyserskiej autoprezentacji zetknęłam się przy okazji spektaklu „Miarka za miarkę” wyreżyserowanego przez studenta Warszawskiej Akademii Teatralnej. Reżyser rozpoczął swój spektakl od małego expose, w którym próbował siebie i swój spektakl „wypromować”, co jest jak najbardziej zrozumiałe, a nawet wskazane. Jeśli chodzi o całą resztę festiwalowych spektakli, reżyserzy wykazali się niesłychaną skromnością, choć zdarzały się również spektakularne układy choreograficzne ukłonów i oklasków. Francuzi – kompania Iriny Brook (którą będę zachwalać i polecać jeszcze długo, długo) – swoje ukłony utrzymali w konwencji sportowego teamu wracającego z wygranego meczu, na który wyczekują tłumy fanów na lotnisku z aparatami w rękach. Ustawiali się jak do zdjęć grupowych. W różnych mniej lub bardziej dziwnych pozach i figurach. Nieruchomieli. Czekali na flesze, po czym rekonstruowali swój układ ciał i ponownie zastygali w formie kadru. Potem były tradycyjne ukłony, oklaski dla oświetleniowców, być może dla siedzącej wśród publiczności pani reżyser.

Londyńczycy przyjechali na festiwal z Szekspirem dla wszystkich. Porwali do swej zabawy publiczność poprzez liczne interakcje (które mnie zawsze stresują). Gdy przyszła pora na oklaski, zaczęli żywiołowo tańczyć. Prywatnie i dyskotekowo. Po czym zaczęli wciągać do swego popisu siedzącą na kocach publiczność. Oklaski plus ukłony równały się wspólny taniec. Forma banalna, choć nietypowa w teatrze.

Na osobny akapit zasługuje dziesięciominutowe standing ovation po krakowskim monodramie Andrzej Seweryna. Z całym szacunkiem dla jego aktorskiego kunsztu, nie rozumiem skąd taka „stojąca” reakcja większej części widowni. Brakowało tylko wyrzucanych w górę staników i wdzierających się na scenę sędziwego wieku pań. To był moment powrotu do kultu aktora. Reżyser (a nie był nim Seweryn) Jerzy Klesyk nie odgrywał tu żadnej roli. Monodram, który był swego rodzaju kolażem różnych tekstów Szekspira, był po prostu nużący. Bardzo kiepskie the very best of Szekspir. Nie ze względu na brak hitów w repertuarze stratfordczyka, ale z powodu monotonnych aranżacji. To nie był monodram, tylko popis aktorskich umiejętności rodem z comedie francais, która Sewerynowi nie jest obca. Zaprezentował nam wersal w pigułce. Swój występ kończył piosenką wyśpiewywaną przez błazna w „Wieczorze trzech króli”. Wraz z ostatnim słowem zastygł w teatralnym, dworskim wręcz ukłonie. Światło zgasło a wraz z nim nasz mistrz, by powrócić po chwili eleganckim, dostojnym krokiem i ponownie znieruchomieć w pozycji, w której widzieliśmy go po raz ostatni. Na scenie pojawiła się partnerująca mu przez chwilę aktorka. Francuska etykieta kazała niczym damę dworu wprowadzić ją za rękę na scenę. Potem były kwiaty i indywidualne podziękowania dla poszczególnych widzów z pierwszych rzędów (nie chce mi się wierzyć, że byli to ludzie aktorowi bliscy). Intensywne spojrzenie prosto w oczy, powracający co chwilę gest przykładania skrzyżowanych rąk do klatki piersiowej symbolizujący wzruszenie. Po czym zamaszystymi, ale wystudiowanymi ruchami wskazuje teatr po swojej prawej stronie, po lewej i na wprost, dziękując zespołowi za współpracę. Mistrz znika.

W sumie to nie wiem, co lepsze. Roześmiani Ormianie czy zazwyczaj smutni lub może poważni Polacy, którzy wychodzą na scenę w szeregu, kłaniają się lub tylko kiwają głowami lub jak Krzysztof Zarzecki nie robią nic. Tych drugich tłumaczy się intensywnym wchodzeniem w rolę, bardzo emocjonalnym zaangażowaniem w spektakl, w myśl czego ci pierwsi rozentuzjazmowani powinni uchodzić za ludzi nie do końca poważnie traktujących swój zawód. Rzemieślników uruchamiających każdego wieczora ten sam warsztat wyćwiczonych umiejętności. Ta powaga i mała kreatywność w reżyserii oklasków dotyczy ściślej rzecz ujmując polskiego teatru współczesnego. Młodego pokolenia reżyserów i aktorów. Bo przecież z Sewerynem jest inaczej i mimo, iż to przykład dość skrajny, tych bardziej stonowanych można by mnożyć: Peszek, Bielska, Globisz… Oni się zawsze cieszą wychodząc do widzów po spektaklu. Przyporządkowanie zaś Ormian grupie rzemieślniczej jest jak najbardziej poprawne. Podczas gdy Francuzów czy Litwinów należy zaliczyć do grupy wirtuozów sztuki aktorskiej. Polska poza? Maniera? Może mentalność? Nie mam pojęcia. Nie chce nawet oceniać, co wolę albo co wypada lepiej. Jedno jest pewne: do szekspirowskiego tegorocznego programu powinien dołączyć jeszcze jeden spektakl: „Jak wam się podoba czyli reżyseria oklasków”.

autor: Magda Jasińska