Mel G Prison Break/ Skazany na śmierć

Dwa kawałki drewna zbite pod kątem prostym są ostatnio na topie. Brzozowe, sosnowe, prezydenckie i harcerskie. Podczas gdy w naszym kraju wiele osób mniej lub bardziej boli w krzyżu, gdzieś tam hen hen daleko za oceanem jednego z najpotężniejszych ludzi na Ziemi jego krzyż przygniata. Mel Gibson naoczach Ameryki wydaje właśnie ostatnie tchnienie – o tyle donośnie, że składają się na nie godziny nagrań z pogróżkami i inwektywami, którymi obrzucił swoją partnerkę i matkę ósmego dziecka w swojej karierze, Oksanę Grigorievą. Ujawniona w lipcu ex-tape sprzed pół roku, emitowana w odcinkach, zapewniła światu rozrywkę na poziomie dobrych seriali, na które podczas wakacyjnego telewizyjnego sezonu ogórkowego czekają wszyscy. I mimo że od ponad dekady Mel wzbudza kontrowersje, to tegoroczny epizod nie ujdzie mu płazem. Kciuki w dół, niech płonie stos, wyrok został wydany.

Mel bierze krzyż na swoje ramiona i łapie byka za rogi

A przecież nic nie zapowiadało katastrofy, „dobry chłopak był i mało pił”, jak śpiewał klasyk, a przynajmniej na początku. Mel Columcille Gerard Gibson, często nazywany „tym szalonym Australijczykiem”, urodził się tak naprawdę w Nowym Jorku, choć na lekcje religię i aktorstwa uczęszczał już na innym kontynencie. Wrócił jednak do Stanów, i to praktycznie od razu do Hollywood, zaraz po tym, kiedy mały postapokaliptyczny film z pustynią w tle okazał się wielkim przebojem. Nakręcony za psie pieniądze (przez 20 lat, aż do czasu, kiedy świat zobaczył „Blair Witch Project” widniał w Księdze Rekordów Guinnessa w kategorii największy zarobek w stosunku do budżetu) „Mad Max” wywindował w 1979 roku nikomu nie znanego aktora na szczyt. Reszta jest legendą, choć warto się nad nią przez chwilę pochylić. Z „Mad Maxa” zrobiła się trylogia i jak druga jej część trzymała poziom, to już trzecia, ta z białowłosą Tiną Turner (będącą świeżo po sukcesie albumu „Private Dancer”) była nieporozumieniem, który w czasach internetowych skrótów kwituje krótkie „WTF?”. Gibson się tym nie przejął, w momencie premiery miał już na koncie dwa występy u Petera Weira, naszpikowany gwiazdami „Bunt na Bounty” i właśnie zaczynał swoją amerykańską przygodę. Szybko rozwiązał się worek z propozycjami, nasz bohater mógł przebierać w nich jak w ulęgałkach, a my mogliśmy katować kolejne produkcje z jego udziałem na video przez prawie całe lata 90’te. Niezapomniana seria „Zabójczej broni”, Ptaszek na uwięzi”, Wiecznie młody, „Air America”, „Maverick”… Mel był na szczycie. Miał wszystko, czego kinomani oczekują od gwiazdora idealnego – wdzięk, charyzmę, szaleństwo w oczach i hollywoodzki uśmiech. Był aktorem, na którego „się chodzi”, kurą znoszącą złote jaja. Był miłym gościem tylko na ekranie? Wprost przeciwnie: prywatnie figurował jako wzór cnót. Monogamista, który z jedną kobietą (pannę Moore poznał zaraz po premierze pierwszego Mad Maxa) wychował siódemkę dzieci i przeżył w szczęśliwym (?) związku 28 lat. Człowiek wielkiej wiary, gorliwy katolik, choć po tatusiu troszkę przegięty w stronę kontrowersyjnego sedewakantyzmu, to jednak stawiający świątynie. Filantrop o wielkim sercu. Politycznie wybiórczy, po gwiazdorsku konserwatywny kiedy wygodnie i liberalny na pokaz, wydawał się nie stwarzać zagrożenia. Ale zew krwi w końcu się w Gibsonie obudził – Mel G. poczuł go, kiedy jego nowym bohaterem stał się William Wallace.

Mel Gibson upada po raz pierwszy

Braveheart” nie było debiutem reżyserskim Gibsona, ale to właśnie po nim coś się w nim zmieniło i to nie tylko dzięki wielkiemu sukcesowi, który towarzyszył filmowi. Mel poczuł moc, odgrywał na ekranie rolę narodowego bohatera, którym automatycznie stał się też poza nim. Mógł teraz wszystko, ale czekał. Dalej grywał w blockbusterach i to całkiem niezłych. Biegało się do kina na „Okup”, „Godzinę zemsty” i „Czego pragną kobiety”. Aktor trzymał formę, ale w Hollywood zaczynały się czasy absolutnej internetowej inwigilacji, więc i z dobrodusznego Australijczyka powychodziły demony. Na pierwszy plan poszedł alkohol, nie dało się więcej tuszować różnych epizodów z nim związanych, przebytych terapii i nadużyć. Tu prowadził pod wpływem, tam rzucił coś niepoprawnego politycznie a propos gejów i lesbijek. Gibson tłumaczył się swoją dwubiegunowością (zaburzenia maniakalno-depresyjne tłumaczą właściwie wszystko złe, co przydarzyło się w jego życiu), kajał i powoływał na uzdrowicielską moc Jezusa Chrystusa, który chronił go od złego. Dalej był w czołówce, choć środowisko zaczęło traktować go z przymrużeniem oka. Do czasu. W 2004 roku Gibson wszystkim nam pokazał…

Mel Gibson upada po raz drugi

Pasja” to opus magnum Gibsona. Zrealizowane z rozmachem ostatnie chwile z życia Jezusa podzieliły krytyków – ortodoksi zarzucali antysemityzm, konserwatyści niezgodności i nadużycia, ateiści bezsensowną przemoc. Ale tak czy owak ten religijny slasher obejrzeli wszyscy. Moja katechetka nawet 10 razy. Film zarobił setki milionów, a Mel stał się wszechwładny. Budził respekt i szacunek, choć także zwykłą ludzką obawę przed fanatyzmem. Mógł wszystko, a wpadł głupio. W lipcu 2006 roku ośmieszył się przed całym światem. Nie tylko dwukrotnie przekroczył prędkość, popijając przy tym tequile, ale zatrzymującego go policjanta przywitał słowami „Pieprzeni Żydzi…to oni są odpowiedzialni za wszystkie wojny”. James Mee, dumny ze swojego pochodzenia, postanowił podzielić się przemyśleniami Gibsona z resztą ludzkości. A ta zaśmiała się Melowi G. w twarz. Po tych wydarzeniach poddał się stosownym terapiom, ale generalnie zniknął z ekranu. Za swoje miliony, których przecież nie ubywało, nakręcił kolejny film, mega produkcję „Apocalypto”. Dość brutalne scenki z życia Majów w konwencji kina przygodowego podobały się krytykom, doceniono ich rozmach i nowatorskość. Szary widz wypiął się jednak trochę na brak nazwisk w czołówce i nieżyciową tematykę. Koszty się zwróciły, ale po roku nikt już o „Apocalypto” nie pamiętał, podobnie jak o Gibsonie. Ale ten nie zamierzał się poddać, postanowił pokazać światu, że stać go jeszcze na wiele. I w pewnym sensie mu się to udało.

Oksana pociesza i ociera twarz z trosk

Rok 2010 zapowiadał się jako triumf Mela nad własnymi słabościami. Grubą kreską odcinał się on od przeszłości, widać było, że wraca silniejszy, choć widocznie nadgryziony zębem czasu. Promował swój najnowszy film, „Furię” (nomen omen), mroczny, w starym stylu, w którym naprawdę wracał jako aktor. Zwalczył demony, wyprostował ścieżki, przemyślał wiele spraw. Rok wcześniej rozpadło się jego małżeństwo, możliwe, że sztucznie podtrzymywane przez ostatnie lata. Powodem była na pewno Oksana Grigorieva, nowa partnerka, która pomogła mu ułożyć sobie życie na nowo. Ta mało znana rosyjska pianistka i piosenkarka, poprzednio związana z Timothy Daltonem (to tłumaczy, dlaczego jej muzyka brzmi momentami jak popłuczyny ścieżki dźwiękowej do dowolnego Bonda), rozkwitła przy Gibsonie. Razem nagrali przewidywalnie przeciętną płytę (Mel wyprodukował ją w należącym do siebie Iconie). Kręcili teledyski, pisali wspólne teksty, mówili o wielkiej miłości. „Say My Name” – śpiewała Grigorieva w piosence o takim samym tytule i raczej nie przypuszczała, że za parę miesięcy zamiast „Oksana” usłyszy „dziwka”, „suka” czy „kurwa”.

Mel Gibson upada po raz trzeci

Spójrzmy prawdzie w oczy: Oksana Grigorieva, która raz po raz wypuszcza w świat kolejne rewelacje nie jest do końca bez winy.  Na pewno wykorzystała słabego w ostatnich latach i nie do końca patrzącego na rzeczy racjonalnie aktora, borykającego się z uzależnieniami i psychicznymi zaburzeniami. Jestem w stanie łyknąć gorycz Gibsona, który pomiędzy bogactwem niecenzuralnych epitetów, wyrzuca z siebie owe „gold digger”, świadczące o tym, że został wykorzystany, a Rosjanką kierowała tylko żądza pieniądza. Ale tym razem zdecydowanie chłopak przegiął. Mało tego, że groził bezpośrednio śmiercią jej i jej dzieciom, bił, poniżał i obiecywał płomienie. Ważne, że podczas swoich ognistych przemów, tak chętnie słuchanych w te wakacje, obraził za jednym zamachem Żydów, Latynosów i Czarnych. Ameryka wybacza przemoc domową, przymyka oko nawet na słowa na „F” – cóż, każdemu się zdarza w domowym zaciszu rzucić mięsem czy przylać żonie. Ale nazwać kogoś czarnuchem? Nie, słowo na „N” to w USA po prostu grzech ciężki. Szczególnie pod rządami Obamy.

Ukrzyżowanie

Czy Mel Gibson przetrzyma burzę? Będzie ciężko. Kolejne gwoździe przytwierdzają go do sękatych desek. Właśnie nabierał rozpędu, kiedy trafił na niemożliwą do obejścia ścianę. Premiera jego nowego filmu w reżyserii Jodie Foster została właśnie wstrzymana, coraz więcej ludzi z branży nie szczędzi mu gorzkich słów i odwraca się od planowanych wspólnych projektów, wyludnił się nawet kościół, który zbudował na wzgórzu. I niby ma za swoje, sprawiedliwości stało się zadość, nie można tolerować niewyparzonej gęby i agresji, obojętnie kto jest na świeczniku. Poza tym Gibson miał tyle szans i je wszystkie zmarnował. Jak każdy brzydzę się nim tak samo, jak naszymi fanatykami od krzyża; nie rozumiem go i współczuję z całego serca. Chciałbym żeby wygrał definitywnie walkę ze swoimi demonami i pogodził się z losem. Albo nie: niech jeszcze raz pójdzie pod prąd i pokaże jak działa ta słynna magia kina. Nakręci film, przy którym wszyscy zapomną o Melu uprzedzonym, fanatycznym, agresywnym i szalonym. Niech zmartwychwstanie.

Tekst Zdzisław Furgał, Ilustracja Bolesław Chromry