O złych filmach wiem wszystko. Oglądałam filmy tak złe, że aż dobre, filmy tak złe, że aż śmieszne, filmy każdego gatunku, głupie, nadęte, naiwne, chore, absurdalne, pokręcone, filmy bez pointy i filmy bez fabuły, filmy z fabułą bez śladów logiki i takie, które z logiki jawnie kpiły, niskobudżetowe i te, które ogromny budżet marnowały, z fatalną grą aktorską, wysmakowane wizualnie i z beznadziejnymi efektami specjalnymi (celowo lub nie), obejrzałam filmy niezrozumiale zagmatwane i prostackie, nudne, żenujące, najniższych lotów, z koszarowym humorem, bez psychologicznej głębi i z głębią tak pokrętną, że bolały zęby, filmy znanych reżyserów i zapomniane produkcje klasy B, filmy kiepskie na każdy możliwy sposób. Oglądałam nawet takie, które łączyły w sobie wszystkie powyższe cechy i nad każdym prawie pochylałam się z antropologiczną czułością, wyszukując smaczki, wymacując granice kinematograficznej żenady, ekscytując się tymi nieodkrytymi połaciami twórczości ludzkiej. Ktoś musiał, bowiem szerokie spektrum wspomnianych typów filmu łączyło jedno: nigdy nie stawały się obiektem ogólnoświatowej psychozy, manii i niezdrowego zainteresowania mediów.
Jestem też koneserem kina młodzieżowego. Amerykańskie komedie, szkoła średnia, czirliderki i futboliści, ludzkie dramaty, dorastanie, horror, kryminał, od dzieł sztuki Johna Hughesa po smutek American Pie, ba! wyszłam nawet poza salę kinową, obejrzałam wszystkie sezony The Hills i z naukowym zacięciem zmęczyłam Jersey Shore. Nic jednak nie przygotowało mnie na spotkanie z Gniotem Ostatecznym, dojściem do ściany, tym nemezis wszystkich wielbicieli popkultury i sprawnie zrealizowanego hollywoodzkiego kina dla szerokiego odbiorcy: The Twilight Saga.
Z góry przyznaję się, że obcowałam tylko z filmem, i to jedynie pierwszą i trzecią częścią sagi, środkowa gdzieś sunęła w tle i kilka razy rzuciłam okiem i westchnieniem, gdy oglądała ją osoba bliska memu sercu, która dla odmiany jest wyszukanym specjalistą od filmów traktujących o wampirach i sumienność popchnęła go do zapoznania z tym rozdziałem historii kina.
Ale po kolei. Streszczenie Sagi przeczytać można chociażby na Wikipedii, przytoczę jedynie wycinki, które uzmysłowią tym szczęściarzom, którzy żyją bez dostępu do świata zewnętrznego, o czym właściwie traktuje ta kuriozalna opowieść. Siedemnastoletnia Isabella Swan przeprowadza się z Phoenix — słonecznej stolicy stanu Arizona — do ponurego, deszczowego miasteczka Forks w stanie Waszyngton (…) Z początku nie może się przyzwyczaić do życia w Forks, jednak niedługo potem poznaje tam nieludzko przystojnego i zarazem tajemniczego chłopaka, o imieniu Edward, który zawsze przesiaduje wraz ze swoim rodzeństwem przy jednym stoliku w stołówce i trzyma się z daleka od innych ludzi. Dziewczyna dowiaduje się z czasem, że Cullenowie (rodzina Edwarda) są wampirami. Tutaj kilka słów odautorskich: boskiemu Edwardowi stuknęła już setka, ale ciało ma siedemnastoletnie. (Czy zachował również jurność licealisty? Trudno rzec, przez trzy części sagi zasłania się on konserwatywnymi poglądami i kategorycznym sprzeciwem co do seksu przedmałżeńskiego). Tak zatem ten starzec w ciele dziecka rozkochuje w sobie zagubioną i samotną nastolatkę, uzależniając ją od siebie psychicznie i narażając na niebezpieczeństwa – chore i obrzydliwe? Co najmniej. I co z nim jest nie tak, że po przeżyciu równoważnika ludzkiego życia, uznaje, że odpowiednią partnerką dla niego jest dziewczę, co ledwo przetrwało okres dojrzewania? Z jakiegoś powodu ta patologia ma wydać się romantyczną.
Wspomniane niebezpieczeństwa są dość zagmatwane, bowiem Bellę, nieinteresującą pannicę z deszczowej wiochy, ciągle chcą zabijać potężne wampiry z całego świata. Bo pięknie pachnie. Szczęśliwie cała liczna rodzina Cullenów stawia sobie za punkt honoru ochronienie jej, z narażeniem własnego życia. I nie tylko oni, okazuje się bowiem, że zabite dechami Forks to ulubiony punkt mieszkalny wszelkich mocy nadprzyrodzonych i okoliczni Indianie to wilkołaki, niby naturalni wrogowie wampirów, ale jednak dla skromnej licealistki skłonni są połączyć siły. Niemały wpływ na to ma jeden z wilkołaków, Jacob, który – jakże by inaczej – zakochuje się w Belli na śmierć i życie, choć nieszczęśliwie. Jaki ma to związek z tym, że 80% swego czasu ekranowego spędza prezentując nieestetycznie nadmuchane mięśnie od pasa w górę, nie wiadomo.
Tu dochodzimy do elementu, który doprowadza mnie do najboleśniejszego zgrzytania zębów, nie tylko w Zmierzchu, ale w każdej pozycji, w której można go znaleźć: do natrętnej postaci typu Mary Sue, czyli bohaterki tak wspaniale idealnej, zniewalająco pięknej, mądrej, dobrej, wstaw odpowiedni przymiotnik, że padają przed nią na kolana wszystkie postaci męskie. Postaci żeńskie, jeśli są światłe, zostają jej oddanymi przyjaciółkami, jeśli zaś nie zapisują się automatycznie do grona fanek Mary Sue, muszą być odrażające, złe, a na pierwszym miejscu oczywiście zazdrosne. Problem polega na tym, że klasyczna Mary Sue, czyli postać z prześmiewczej powieści A Trekkie’s Tale i jej następczynie, nie były tylko fajnymi lalami – miały też (kuriozalne w swej rozpiętości i przez to charakterystyczne) rozliczne talenta, umiejętności i wrodzone dary, którymi górowały nad całym otoczeniem. Bella Swan nie ma nic. Jest nudna jak flaki, bezbarwna, nigdy nie mówi nic ciekawego, a jej udział w rozwoju akcji dramatycznej ogranicza się do przemieszczania się z miejsca na miejsce, podczas gdy któryś ze współbohaterów ratuje ją z opresji, przypłacając to takimi czy innymi obrażeniami. Jeśli w ogóle da się zdegradować coś równie kiepskiego dla literatury/filmu jak marysuizm, to w Zmierzchu to właśnie się odbywa.
Ale to nie jedyny kamień milowy tej uwielbianej sagi: jakby jednej super-Belli było mało, jest jeszcze Edward! Edward, ten ckliwy, rozmemłany typek, wielki emo bohater filmowy. Zaprzeczenie wszelkich prawideł wampirzych legend, w świetle słonecznym nie ginie, a zaczyna lśnić diamentami! Wymioty, anyone? W ogóle to podobno jest oszałamiający, czuły, wierny, zdolny do poświęceń, szczery i oddany. Tak. Dwie Mary Sue w jednym filmie! A właściwie Mary Sue i Gary Stu, tak bowiem tytułuje się męski odpowiednik tej postaci. Blady, mroczny i żenujący jednocześnie. Ze szminką na ustach. Jednak dla milionów dziewczyn i kobiet świata stanowi skończony męski ideał. Co jest przede wszystkim smutne, dopiero na drugim miejscu dziwaczne. I chyba wiele mówi o potrzebach/marzeniach kobiet, choć chciałabym bardzo, żeby tak nie było, bo niesmaczny związek biernej Belli i szepczącego jej do ucha głodne kawałki podstarzałego Satyra nie jest wzorcem, który wydaje mi się zdrowy i korzystny, jakkolwiek bardzo gdzieś mam psychikę dorastających dziewcząt. Zresztą im wiele można wybaczyć. Ale dorosłe kobiety (młodsze, starsze, whatever) wzdychające przy tej historii należy poddać towarzyskiemu ostracyzmowi, do którego wzywam!
I jeszcze słowo o aktorach odgrywających główne role. Kristen Stewart aka Bella Swan, poza swoją nieopisaną nudą i smętną firanowatością, dodatkowo wiecznie się krzywi, nigdy nie uśmiecha, a w zawodach ciamkania i mlaskania spokojnie stanąć może w szranki z doktorem Koziełło z Klanu. Robert Pattinson – Edward Cullen – nie, nie jest boski. Ciągle wzdycha. Jego nieustannie zbolała twarz sugeruje problemy żołądkowe (w lżejszych scenach ból zęba), jedyne, o czym widz może marzyć, to o trzepnięciu go w łeb i wysłanie na terapię. Dłuższą wypowiedź o Taylorze Lautnerze, czy Jacobie, pominę zaś miłosiernie, to nie jego wina, że przez ¾ filmu musiał paradować bez koszulki. To, że w ogóle przeszedł casting, to też nie jego wina, a osób odpowiedzialnych.
Wzdragałam się przed napisaniem o Sadze Zmierzch czegokolwiek, bo wszystko zostało już o niej chyba powiedziane. Dodatkowo odczuwam organiczny wstręt przed kopaniem leżącego, a przeprowadzenie dłuższego wywodu w tym temacie jest równoznaczne z wyśmianiem czytelników Coelho, wyborców PiS-u i słuchaczy Coldplay (chociaż when I was your age, Coldplay was cool, wiadomo). Pewne rzeczy są tak oczywiste, że wydaje się, że szkoda na nie czcionki, a z drugiej strony ich wypowiedzenie na głos w pewnych kręgach zakrawa o obrazę uczuć religijnych. Lecz ktoś musi to w końcu powiedzieć: JEŚLI PODOBAŁA CI SIĘ SAGA ZMIERZCH – PRZEGRAŁEŚ ŻYCIE.
autor: Karolina Pietrzok









